
Tak jak wcześniej zapowiadałem, do kompilacji "eb dRinKeR - gr8est sHits" dołączyłem drugą, wypełnioną po brzegi płytę CD-Audio z wybranymi dokonaniami The Fluttering i Fryvolic Art (łącznie ponad 150 minut muzyki, 39 utworów). Całe wydawnictwo zostało zamknięte w 2-płytowym boksie o wymiarach standardowego DVD. W planach jest również wersja kolekcjonerska ;) z ekstra dodatkami i zbajerowaną książeczką ;) Boks ten będzie aktualnie spełniał funkcje promocyjne, zastępując w tej dyscyplinie dotychczasowe wersje "DEMO-CD". Płyta "NIEBIESKA" zawiera utwory z lat 1994-1998, płyta "ZIELONA" obejmuje nieco dłuższy okres, czyli kompozycje z lat 1999-2011.
Jedyną niepublikowaną dotąd nowością jest muzyczny szkic "White Intermezzo", który w przyszłości będzie zapewne utworem bardziej rozbudowanym i bogatszym brzmieniowo. Ot, taka ciekawostka. Otwierający kompilację "The Chasm" (4-kanałowiec z 1994 roku) został tylko lekko zmiksowany, co z pewnością nie czyni z niego utworu nowego. Ot, taki odgrzany kotlet ;)

W 2011 roku minęło 15 lat od mojego pierwszego użycia komputera klasy PC do tworzenia muzyki. Wcześniejsze zabawy w 4-kanałowe muzyczki na komputerze Commodore Amiga 600 można uznać za naukę obsługi programów "trackeropodobnych". Czas więc odciąć wszystko grubą kreską i przypomnieć to, co było najlepsze. Kawałki stworzone pod pseudonimem "eb dRinKeR" z lat 1994-1998 charakteryzuje ogromna rozpiętość gatunkowa. Grałem wszystko, od muzyki elektronicznej, techno, poprzez folk, klasykę, rock i metal. Naturalnie jakość tych nagrań jest dość kiepska i nie ustrzegłem się zapewne wielu błędów w zakresie realizacji. Zdecydowałem się na poprawienie dźwięku, ale mało inwazyjne, tak by zachować oryginalną ułomność większości rozwiązań ;) Utwory dostały nieco więcej "przestrzeni". Trudno mówić o znaczącej poprawie jakości dźwięku, hasło "Remaster" jest trochę na wyrost i z remasteringiem ma raczej niewiele wspólnego. Z tego okresu wybrałem 18 utworów. "Between" i "Come To Me" zostały nieco skrócone (czytaj: odarte z wodolejstwa). Dzięki temu wszystkie 18 kawałków mieści się na płycie CD-Audio.
Wkrótce do tego podsumowania dołączy druga płyta CD-Audio, czyli najlepsze kawałki The Fluttering / Fryvolic Art. Na składaku tym znajdzie się jeden utwór premierowy (prawdopodobnie szósta część "Rose of Galehorn") będący zapowiedzią kolejnego albumu. Znowu jestem na etapie, kiedy dźwięki kłębiące się w mojej głowie muszą dojrzeć, bym mógł się zmierzyć z ich realizacją. Są już pewne pomysły, więc zapewne to tylko kwestia czasu.
BONUS TRACK: W ostatniej chwili do składanki dołączył utwór "The Chasm" z 1994 roku. Dzięki temu znalazł się na niej przedstawiciel tzw. "okresu amigowego". "The Chasm" został lekko skrócony i zmiksowany z 4 do 8 kanałów - zabieg prosty, a słuchanie mniej bolesne ;) Nie jest to wprawdzie oryginalne amigowe brzmienie 4 niezależnych kanałów, ale brzmi nieporównywalnie lepiej.


"Eony" powstawały bardzo długo. Paradoksalnie jest to najkrótsza płyta Fryvolic Art. Przyzwyczajonym do standardowej
długości longplayów zalecam więc wysłuchanie albumu dwa razy. To będzie tylko godzina wyjęta z życiorysu połączona
z ekscytującym wrażeniem deja vu... (jeśli można tak powiedzieć).
Ennoae - ot, taki wstępniak, intro. Zapychacz może nawet ;) Nie warto drążyć tematu. Piąta odsłona "Rose of Galehorn" (cykl z założenia folkowo-średniowieczny) jest utworem stosunkowo świeżym (2010), dosyć intensywnie dopieszczanym. Początkowo byłem zadowolony z rezultatu, dziś mnie już trochę nudzi i pewnie wiele bym w nim zmienił. Jest to chyba (mimo wszystko) jeden z najlepiej zrealizowanych moich kawałków, na dodatek całkiem bogaty pod względem użytych instrumentów/sampli. Nowinką jest pojawienie się mandoliny. Numer trzy - "Souvenir" jest chyba najstarszy w całym zestawie. Zarys i sample z tego kawałka sięgają (jeśli dobrze pamiętam) roku 2003. Osiem lat później "dopisałem" solo na "cymbałkach" (chociaż może to wibrafon) ;)
"Notorious Blue" również posiada bardzo stary "szkielet" i nie znalazł się na żadnym dotychczasowym materiale głównie dlatego, że nie miałem pomysłu jak go rozbudować. Z czasem zacząłem do niego dodawać gitary i jakoś to wszystko poszło w stronę bluesowych klimatów. "Ladybird" nagrany dla mojej Paulinki pochodzi z 2006 roku i po prostu musiał się znaleźć na tym mini-albumie (wcześniej publikowany tylko na składankach i w formie mp3). "Eons" - hmmm... Szczerze mówiąc nie znoszę tego kawałka. Jest strasznie przewidywalny (chociaż był to celowy zabieg), jakby tego było mało - cholernie nudny (ale przez to wiarygodny, bo wydaje się trwać eony). Na szczęście posiada taki jeden jasny fragment, dzięki któremu nie znienawidziłem go totalnie ;)
"Hyperion Tours" to dla odmiany jeden z moich ulubionych utworków i bez ściemy powiem, że słucham go z poczuciem dobrze wykonanej roboty. Myślę, że to kwintesencja stylu Fryvolic Art.
Warunkiem zamknięcia prac nad "Eonami" było nagranie wiekopomnego dzieła na cześć Janka, który urodził się 30 sierpnia 2010 roku. Z założenia miała to być minimalistyczna kołysanka, nawiązująca do melodii z pozytywek. W wyniku kilkudniowego olśnienia utwór wręcz "kleił się" sam, a efekt końcowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dokładnie tych dźwięków brakowało by "Eony" były kompletne i skończone po ośmiu latach wreszcie spoczęły na półce ;)

"The Singlettes 1996-2006" to bardzo ciekawa składanka z utworami dotąd
niepublikowanymi. Po przetrząśnięciu archiwów okazało się, że istnieją
takowe. Dwa tracki "Chemistry" miały być wykorzystane jako ścieżki
dźwiękowe do programu edukacyjnego z zadaniami z chemii (pewnej znanej
polskiej firmy produkującej software). Projekt ten upadł, ale na
szczęście muzyka została ;) "An Armor In The Stream" to jeden z
pierwszych moich utworów stworzonych na PC-cie. Bardzo go lubię - jest
równie śliczny, co pompatyczny ;) Trąci średniowieczem (muzycznie).
"Village Pipers" - hmmm - posiada wartość chyba tylko archiwalną...
"Holiday Chick" - wesoły, elektroniczny potworek ;) "Rose Of Galehorn"
- co ciekawe ten utwór nie pojawił się na żadnym albumie, w
przeciwieństwie do kilku swoich kolejnych części. Pierwowzór musiał
się więc znaleźć na tym składaku. "Guitar Juice" - podobnie jak
"Holiday Chick" - lekkie, łatwe i elektroniczne. "Different Land" to
jedna z najładniejszych moich kompozycji. Brzmienie elektroniczne, ale
rasowe. "Rainy Intro" i "Golden Autumn" to improwizacje, ale jakby się
już je gdzieś-kiedyś słyszało ;) "Screaming Tree" w wersji z wokalem...
Hmmm... Najchętniej poprawiłbym te wokalizy. Chyba dlatego póki co wolę
wersję instrumentalną tego utworu (muzycznie wspinam się tu na moje
wyżyny, hehe). Cover muzy z filmu "Pulp Fiction" - raczej ciężkostrawny
;) "Berceuse" to kawałek jakby wyjęty z jakiegoś chorego horroru.
Myślę, że dość oryginalny. "Battle For Freedom" to całkiem rozbudowana
techniawa, nieźle (jak na mnie) zrealizowana. Składankę zamyka
"Ladybird" napisane dla Pauliny, jako że wówczas utwór ten nie ukazał się
jeszcze na żadnym albumie (nie licząc "Demo CD"). Całość dobrze
pokazuje mój muzyczny rozwój na przestrzeni 10 lat i zamyka temat
składanek. Następny mógł być już tylko nowy longplay ;)

Ostatnia wersja "Demo CD" z 2006 roku, wzbogacona o utwór "Ladybird"
napisany w 2006 roku dla mojej Paulinki (dziś już Żonki). Utwór ten
przygotowany był jako niespodzianka walentynkowa i ukazał się
pierwotnie na składance z klimatycznymi dziełami instrumentalnymi
innych wykonawców. Oficjalnie wszedł w skład albumu "Eons" ukończonego dopiero w 2011 roku. "Ladybird" to utwór wyjątkowy z wielu powodów. Przede wszystkim do jego nagrania po raz pierwszy użyłem interfejsu gitarowego Line 6 Guitar Port. Kolejna ciekawostka to sposób nagrywania. Wszystkie ścieżki zostały nagrane na żywca bez użycia trackera (mix bezpośrednio do pliku wave). To jedyny mój utwór nagrany taką metodą. Nie ma tutaj żadnych bitów, jedyny występujący instrument to gitara + kilka efektów sprzętowych.

Album "Demo CD 2006" pierwszy raz w historii Fryvolic Art zawiera
płytę CD-Audio z oryginalnym nadrukiem (logo: motylek-frywolek i napis
"Fryvolic Art"). Ekskluzywna wersja - bardzo limitowana ;)

Drugie wydanie "Demo CD", spełniające głównie funkcje promocyjne, a
także wciskane jako "prezent" znajomym ;)
W obiegu (poczta pantoflowa, internet) jest najwięcej egzemplarzy tego
właśnie wydania. Jedno nawet pojechało do znajomych Włochów
(Castelseprio) i podobno podbijało włoski rynek ;) (małomiasteczkowy,
ale zawsze).

Album "Katharsis" był jednym z najdłużej nagrywanych materiałów. Co
nie znaczy, że najbardziej dopracowanym ;) Jest on niejako kontynuacją
"Midnight Sun" i utwierdzeniem w przekonaniu, że w końcu odnalazłem
swój własny styl ;) Na pewno widać postęp patrząc na "lata amigowe" ;)
Utwór "Hands Of Fire" to ukłon w stronę Mistrza Mike'a Oldfield'a,
którego solówka z "Five Miles Out" jest dla mnie świętością :)
Czteroczęściowa suita "Katharsis" z pewnością jest kamieniem milowym w
mojej twórczości ;) Na płycie wybijają się również "Little Beam Of
Light" oraz "Blue Mood" (nad którego wykończeniem, zupełnie nie wiem
dlaczego, męczyłem się najdłużej, choć to utworek wręcz prostacki).
Podobnie rzecz się miała z "Blade Of Caress", którego realizacja także
była trudna i monotonna ;)

Epokowe wydawnictwo (dwupłytowy album CD-Audio) - tak, tak - nagrywarki
CD w końcu trafiły pod strzechy :) Na pierwszej płytce składanka
wybranych utworów z lat 1998-2000r., czyli Demo CD 2000. Jak już
wspominałem, mogę się pochwalić emisją radiową kilku utworów w jednej
audycji u boku Mike'a Oldfield'a (w warszawskiej RADIOSTACJI - gościła
tam bodajże taka właśnie wersja demo z 2000 roku). Podobno ludzie
dzwonili do radia i pytali, gdzie to można kupić ;) Oj, chyba jednak
zabrakło mi odwagi, by zadziałać coś w tym temacie. A może po prostu
znałem swoje miejsce w szeregu ;) Na drugim CD w omawianym albumie -
reedycja wydanego wcześniej na taśmie "Midnight Sun", ale już jako
"Fryvolic Art".

Drugi i ostatni opublikowany pod szyldem "The Fluttering" album, co z resztą
i tak poszło w niepamięć, bo "Midnight Sun" funkcjonuje też w wersji
Fryvolic Art. To chyba najbardziej przebojowy i dopracowany
materiał z wielkim hiciorem "Midnight Sun" ;) Dobre nowinki to także
"Down To The Valley" i "Walk To Distract". Ciekawostką jest utwór
zainspirowany niesamowitym miastem, jakim jest niewątpliwie Mediolan:
"Rainy Il Duomo" - Gary Moore śliniłby się zazdrośnie ze swoim "Parisienne
Walkways" ;) Ech, żart w stylu Karola Hamburgera. Ciekawostką jest również cover kanonu z Europejskich
Spotkań Młodzieży organizowanych przez Taize - "Laudate Dominum". Warto
też wspomnieć, że "Midnight Sun" to ostatnie wydawnictwo zapisane na kasecie
magnetofonowej.

...No więc (a mówiła Pani W. od polskiego, żeby tak nie zaczynać
zdania) postanowiłem zostać poważnym artystą i kolejną składankę
wydałem pod nazwą "The Fluttering", bo "Modern Talking" było już zajęte
;) Składanka wzorem wydawnictw poprzednich zwierała odgrzewane -
(eee, kotlety już były) - parówy i naprawdę dobre utwory premierowe. Mowa tu
o "Incurable Speed", "Triangulum" i "Anchor" zwane też czasem "An
Anchor Into You". Myślę, że w tym momencie można już mówić o brzmieniu
Fryvolic Art (chociaż wciąż jeszcze The Fluttering). Pozazdrościłem
"Dire Straits" okładki do "Brothers In Arms" - a jak wiadomo
efekciarska okładka to połowa sukcesu, więc wziąłem na warsztat zdjęcie jakiegoś wiosła. Ta-daaa!

Kolejny "gitarowy" album. Są tu już znane rzeczy (odgrzewane
kotlety), ale warto zwrócić uwagę na "Highlandera", w którym próbowałem
oddać ducha polskich gór (stąd nieco folkowe brzmienie). Jako że lubię
klimaty średniowiecznych biesiad - w tym właśnie klimacie "Charms Of
Her" - myślę, że całkiem ładne cacko. Tym bardziej, że zsamplowana przeze mnie gitara klasyczna została tutaj użyta niemalże niczym harfa ;) "Molecules" to niezły trip-hopowy
potworek. Wpływy Bjork się kłaniają. Ciekawostką albumu jest cover
"Nothing Else Matters" zespołu Metallica, w stylu
unpluggedowo-bębenkowym ;) Do tego albumu włącznie tworzyłem pod
pseudonimem "eb dRinKeR" (kojarzącym się z polską kapelą "Acid
Drinkers"). Ksywa równie wieloznaczna, co tajemnicza (moje inicjały i
dodatkowo marka popularnego wówczas dość zjadliwego piwa). Cóż wydawało mi się, że nie
brzmi zbyt poważnie (Tangerine Dream, Dead Can Dance - to są nazwy!), rzekłbym nawet - zbyt frywolnie (sic!). Na albumie znajduje się kilka tzw. "piosenek". Ich realizacja jest jednak tak tragiczna, że wolę o ich istnieniu zapomnieć.

Album "Headmaker" powstał z utworów premierowych z poprzedniego
składaka + kilku nowych. Coraz śmielej zacząłem używać gitary
elektrycznej (Defil zakupiony za śmiesze pieniądze w głogowskim
komisie). Jest tu jeden z moich "ulubieńców": "Imposing State".
Ciekawostką jest motyw otwierający w tym utworze. Przez lata
zastanawiałem się, do czego podobna jest ta linia melodyczna, bo
siedziała mi mocno w głowie. Dziś widzę lekkie podobieństwo tego motywu
do podobnego wstępu w piosence Richarda Marxa "Hazard". Jeśli coś
zapożyczyłem, to nieświadomie ;) Poza tym powiem nieskromnie, że mój
motyw jest ładniejszy ;) Myślę również, że tekst do tej piosenki też
daje radę (a zwłaszcza myśl przewodnia "The longer I live, I think the
less I understand"). Czeski film! :) Całkiem udanym kawałkiem jest również
instrumentalny "Copernicus". "Green" też ujdzie. Ciekawe jest
również trip-hopowe "Tame Me". Prawie bym zapomniał o tytułowym
"Headmakerze". Śmiem twierdzić, że to jeden z lepszych moich kawałków,
ocierający się o rock progresywny ;)

Pierwszy składak w mojej karierze. Zawiera kilka utworów
premierowych, w tym naprawdę niezłe "Difference" (utwór ten funkcjonuje
w dwóch wersjach: wokalnej i instrumentalnej - pogubiłem się, która
była pierwotna, haha). Dogrywanie gitary akustycznej przez mikrofon
było dosyć karkołomne. Że nie wspomnę o edycji i rozmieszczeniu sampli
gitarowych w trackerze - często sporym problemem była synchronizacja
gitar z beatem. No cóż - jedne utwory wyszły pod tym względem lepiej,
inne gorzej. Podsumowując - całkiem ciekawy składak "klimatyczny".
Nośnik - wciąż kaseta ;)

Nieco zapomniany przeze mnie materiał "Black Against The Black" powstał
na przełomie lat 1997 i 1998. Dziwny to album - metal miesza się z
techno i chilloutem. Realizacja pozostawia wieeele do życzenia. Sporo
zapożyczonych sampli (zwłaszcza ze świata black-metalu). Powstało coś
pośredniego między 'Incognito' a 'Stories From The Underground'. Moim
zdaniem raczej słaby albumik.

"Unreal" to album wyjątkowy z wielu powodów. Po raz pierwszy użyłem
prawdziwych gitar i własnych wokaliz. Po raz pierwszy również napisałem
teksty. Mój ówczesny poziom języka angielskiego nie był imponujący (i
tak jest do dziś, hehe), więc pewnych błędów językowych się nie
ustrzegłem. Ale mam chociaż ich świadomość, a to już coś! :) Generalnie
nie wyobrażałem sobie śpiewania polskich tekstów. Byłoby to odarcie się
z jakiejś tajemnicy - w odgrywaniu jakiejś-tam roli czułem się
bezpieczniej. Dziś myślę, że polski tekst musiałby być naprawdę
świetny, bym odważył się go zmienić w dźwięki. Bardzo lubię "Unreal" z
tej płytki. To jeden z niewielu moich utworów, którego każdy dźwięk
pamiętam doskonale. Epicki "King Of The Hill" i słodkawe "Erato" też są
godne uwagi. Można śmiało powiedzieć, że "Unreal" jest kontynuacją "Stories from the Underground". Niestety nagrania wokaliz są na tyle fatalne, że wolę prezentować wybrane utwory w wersjach instrumentalnych ;) Ciekawostką jest fakt, że nie posiadałem żadnego efektu sprzętowego do gitary elektrycznej, więc wszelakie zmiany brzmienia dodawane były po nagraniu gitary za pomocą programów do obróbki wave-ów.

Kolejny dość nietypowy album. Również całkiem spójny stylistycznie - tym razem metalowo-rockowy z elementami gotyku. "Come To Me" to jeden z ciekawszych moich kawałków. Kompletne odejście od techniawek w stronę mroczniejszych klimatów. Utwór "Between" jest chyba tego najlepszym dowodem. "The Styx River" lekko odstaje, zmierzając w stronę chilloutu z lekko symfonicznym zacięciem. Również "Rose Of Galehorn 2" kontrastuje na tym materiale (ballada w stylu "średniowiecznym"). "Overground" to niemalże country z samplową solówką gitarową kojarzącą mi się z dokonaniami polskiego zespołu Maanam :) "Nice Suicide" ociera się o grunge, aczkolwiek doprawiony jest całkiem strawną elektroniką. Co ciekawe: zawiera muzyczny cytacik ("Wild Thing").

"Incognito" jest najbardziej nietypowym materiałem w mojej
dyskografii i jednocześnie chyba najbardziej spójnym stylistycznie
albumem. Jest to zlepek disco i techno z elementami ambientu i szczyptą
metalu. Dziś odnoszę wrażenie, że jest "przeładowany" ilością sampli i
przez to cholernie głośny. Z określeniem gatunku muzycznego tych utworów najlepiej poradził sobie mój kumpel z ogólniaka ("niezła kaszana"). Realizacja pozostawia wiele do życzenia -
być może o samplach wiedziałem już sporo, ale brzmienie wciąż lekko chaotyczne ;) Mimo wszystko mam wrażenie, że takich kawałków jak "Reincarnation" czy "Progress Strike" nie muszę się wstydzić. Całkiem przyzwoita techniawa.

W wyniku rewolucji przemysłowej jedynym słusznym komputerem biurkowym i
domowym powoli stawał się komp klasy IBM PC (jak to się wtedy go
nazywało). Pomijając fakt, która to była generacja - wciąż w temacie
multimediów z Amigą przegrywał. Grafika VGA była kanciata i brzydka,
gry na Amidze wyglądały o niebo ładniej. Nieco lepiej zaczęło być u
PC-tów z dźwiękiem dzięki firmie Creative Labs, której kolejne modele
kart dźwiękowych wyznaczały nowe standardy. Moim pierwszym zakupem był
Sound Blaster 16. Moc obliczeniowa PC-ta poddawana była ciężkim próbom,
gdy chciało się tworzyć kilkunastościeżkowe utworki, ale koło 10
kanałów - to był luzik. Album "Horizons" określiłbym jako schizowaty.
Eksperymentowałem nieco z modulacją dźwięków i to tutaj dobrze słychać.
Pojawiły się również bardziej fikuśne niż zwykle sekwencje perkusyjne
("Horizons"). Album nie dość, że schizowaty, to chyba jednocześnie
najbardziej urozmaicony gatunkowo. "The Brain Crusher" to pierwszy mój
kawałek metalowy. Tragicznie zrealizowany, ale nie można mu odmówić
"garażowego" brzmienia ;) Oczywiście w tym okresie wszelakie gitary w
utworach to syntetyki samplowe - do użycia żywych gitar, takich ze
strunami było jeszcze daleko ;) Utwory wciąż były nagrywane na kasetach
magnetofonowych, jednakże zachowały się w formacie Impulse Trackera.
Dzięki temu możliwe było poprawienie dźwięku w celu nagrania składanki "eb dRinKeR - Gr8est sHits" (2011).

Kolejny materiał stworzony na Amidze 600. W sumie był to "podwójny album", nagrany na kasecie 90-minutowej. Podobnie jak w przypadku "Space Caravan" również ten materiał został pomyślnie odzyskany z taśmy magnetofonowej. Magnetofon do zadań specjalnych (Pioneer CT-W503R) sprawdził się doskonale i jakość nagrań jest zaskakująco dobra. Same utwory są już nieco bardziej przemyślane. Generalnie słychać, że byłem pod dużym wpływem Jean-Michel'a Jarre'a, wypocin Dietera Bohlena, fajnych kawałków Koto itp. Oczywiście powszechnego Internetu jeszcze nie było, więc sample zdobywało się kupując czasopisma komputerowe z dołączonymi płytami CD. Na nich często można było znaleźć muzykę tzw. "Demo sceny" (czyli utwory najzdolniejszych komputerowych muzyków). Utwory dające się słuchać to m.in. "Streets of Nowhere", "Midnight Calling", "Tomahawk", "The Clock's Song" (troszeczkę "zerżnięte" z "Unchained Melody"), "I'm Not Jarre" (faktycznie, trudno się nie zgodzić), "Prophexon" i "Xenodron". Ciekawostką, o której zupełnie zapomniałem jest fragment "Smooth Criminal" Michael'a Jackson'a wpleciony w utwór "Xenodron". Generalnie nie ma za bardzo czym się tutaj chwalić, a utwory stanowią wartość archiwalną chyba jedynie dla mnie ;)

Ach - kiedy to było! Półmetek nauki w ogólniaku. Zamiast się uczyć
po nocach, pisać wypracowania itp., ja wolałem muzykować na mojej
Amidze 600. Podłączało się takową Amigę do zwykłego telewizora, dzięki
czemu ślepło się elegancko ;) Dźwięk podłączałem do wieży kultowej
marki Diora. Umożliwiało to nagrywanie dźwięku na taśmie magnetofonowej
w czasie rzeczywistym ;) I faktycznie - pierwsze moje "albumy" nagrane
zostały na kasetach. "Space Caravan" był pierwszym utworem skomponowanym
na Amidze i stąd tytuł całego materiału. Komputerek pozwalał na
tworzenie 4-kanałowej muzyki. Sztuką więc było tak zagospodarować te
kanały, by sprawić wrażenie, że gra wiele instrumentów jednocześnie
(tzn. cztery, hehe). Bywało, że w jednym kanale jednocześnie
programowało się perkusję i jakiś instrument w momentach, gdy perka
miała przerwę. No ale co by tu nie gadać - stereo było i polifonia :)
Generalnie poziom utworów słabiutki, wybijają się "The Chasm", "Space
Caravan" i "Wolfmoon". Melodyjki to raczej niż muzyka, ale
tworząc je czułem się jak Vangelis ;) Alternatywna nazwa tego "wydawnictwa" to "Wolfmoon & Skystar".